Wejście do naszego domu usytuowane jest od północy, dlatego też mamy tu tak przyjemny w upalne dni cień. Tu czasami bawią się maluchy (jeśli nie są akurat w przedszkolach albo nie siedzą w piaskownicy), tu siedzę z moją filiżanką gorącej kawy albo szklanką zimnej wody, tu jemy lody, czytamy i po prostu miło spędzamy czas.
Mittwoch, 30. Mai 2012
Pogoda u nas ostatnio piękna, słońce świeci nieustannie, a temperatury tak wysokie, że nie sposób siedzieć w ogrodzie. Szukamy więc zacienionych miejsc, żeby chwilę odetchnąć. Dzisiaj pokażę jedno z moich ulubionych miejsc - nie przeszkadza mi stara cegła muru, odrapana farba dookoła okien i wejścia, stare oblazłe z farby okna - "upiękniłam" to miejsce pelargoniami w skrzynkach i donicach, zardzewiałą zawieszką, odnowionymi kołami od wozu drabiniastego i przytulnym patchworkiem w pastelowych kolorach oraz miękkimi poduchami, które niedawno jakoś tak same się uszyły, ale pokażę je dopiero w następnym poście:-)))
Wejście do naszego domu usytuowane jest od północy, dlatego też mamy tu tak przyjemny w upalne dni cień. Tu czasami bawią się maluchy (jeśli nie są akurat w przedszkolach albo nie siedzą w piaskownicy), tu siedzę z moją filiżanką gorącej kawy albo szklanką zimnej wody, tu jemy lody, czytamy i po prostu miło spędzamy czas.
Montag, 28. Mai 2012
MATSCHE-PUMPE...
... to określenie w przedszkolach moich najmłodszych dzieci na zabawę ... UWAGA ... w błocie. Jak o tym usłyszałam, byłam wstrząśnięta - ze zdziwienia oczywiście. Jak to - dzieci mogą bawić się w błocie? Przecież one są wtedy niemiłosiernie brudne. Co na to panie wychowawczynie??? - pytałam z ogromnym niedowierzaniem (uboga o nasze polskie przedszkolne doświadczenia raczej negatywne) moją Najstarszą, która w przedszkolu Klary, ale w innej grupie, odbywa swoją praktykę. "Tak, mamuś, zobacz zdjęcia" - więc obejrzałam i zatkało mnie z zachwytu. Że dzieci mogą tutaj bawić się naprawdę beztrosko - zresztą popatrzcie sami, co robią. Jak na wakacjach, na nadmorskiej plaży:-) zakopują się w piasku, oblewają wodą, i brudzą się niemiłosiernie. Czegoś takiego nie było w naszym polskim przedszkolu (chyba do końca życia już zostanie mi to porównywanie), a polska pani wychowawczyni chyba by zawału dostała, gdyby to zobaczyła:-)))
W upalne dni wszyscy już od 8.00 rano są w ogrodzie i na placu zabaw. Wszelkie zajęcia wewnątrz budynku są przełożone na późniejszy czas - gdy przyjdzie brzydka pogoda. Wychowaczynie wychodzą z założenia, że dzieci i tak sporo czasu spędzają w murach przedszkola, że kiedy tylko nadejdzie lato, wszyscy TANKUJĄ SŁOŃCE. Taras jest częściowo zadaszony - dachem z żółtego nieprzemakalnego brezentu, który można - w zależności od potrzeb dzieci i uznania wychowawczyń - zsuwać albo rozsuwać na specjalnym stelażu. Dzieci mają w ogromnej piaskownicy zamontowaną POMPĘ Z WODĄ - ze specjalną konstrukcją do "prowadzenia wody", a na koniec - dla wszystkich brudnych, zmęczonych i bardzo szczęśliwych dzieci włączana jest podlewaczka na trawniku - dzieciaki wskakują pod nią i zmywają z siebie błoto:-) Przed przyjęciem Klary do przedszkola dostaliśmy ulotkę informacyjną, a w niej m.in. stało: "W naszym przedszkolu dzieci MOGĄ się wybrudzić, dlatego prosimy nie ubierać dzieci w najlepsze i najdroższe ubrania - one niech poczekają w domowej szafie na "lepszą"okazję do założenia:-). Klara zabrała do przedszkola 2 stroje kąpielowe (mamy je jeszcze po Wiktorii), żeby po poskakaniu pod podlewaczką i osuszeniu się nie ubierać bluzek i spodni. Czapkę też ma , ale gdzieś spadła w ferworze zabawy:-)
Sonntag, 6. Mai 2012
Za nami pracowity weekend
Wprawdzie wczoraj lało jak z cebra, wywieszone pranie zmokło na ogrodowym pająku i ostatecznie wylądowało w suszarce, my przemokliśmy do suchej nitki, czyli do majtek, w kaloszach nam woda chlupała, ale dziś od rana - pomimo dżdżu - działaliśmy w ogrodzie. Dokończyliśmy ogrodzenie, wkopaliśmy ostatnie deski zabezpieczające przyszłe uprawy przed podkopami dzikich królików, naciągnęliśmy siatkę dookoła warzywniaka, na ogrodowe ścieżki wyłożyliśmy grube podkłady kolejowe, a JA - cała dumna zagrabiłam moje grządki. Ziemia lepiła mi się niemiłosiernie do grabi, ale musiałam, no po prostu musiałam ją zagrabić.
Tydzień temu przyjechał do nas do pracy Karol (Ka2), więc mam teraz dwóch wykonawców moich ogrodowych planów. Razem z moim Ka (Ka1) oczyścili i powiesili na murze nasze koła od starego drabiniastego wozu - mój Ka. dostał je wieki temu od pewnego znajomego czy może kupił za skrzynkę piwa - no, nieważne. Ka. je wówczas odnowił - oczyścił z zanieczyszczeń wszelakich, pomalował i przeleżały sobie parę lat w naszym garażu w PL. Gdy się przeprowadzaliśmy do Niemiec, koła przyjechały do nas z Polski wraz z resztą naszego dobytku. Tutaj znaleźliśmy dla nich idealne miejsce - pokażę je w nowym miejscu, jak jutro posadzę ostatnie pelargonie w skrzynki. A na razie koła jeszcze w Alte Brennerei - czyli naszej rupieciarni... stary warsztat z wydeptanymi schodami na strych, ze starym zardzewiałym imadłem, stare narzędzia, śruby i zwoje starego zardzewiałego drutu :-)
Sonntag, 29. April 2012
Niedzielna przejeżdżka
Wprawdzie to nie prawdziwy "holender", ale stary i niebywale sprawny rower marki ... yyy - nie wiem jakiej, chyba nazwa została już dawno zamalowana; podarowany mojemu Ka. przez "Dziadka", czyli ojca szefa mojego Ka. Umyty i nareperowany, bywa najczęściej wykorzystywany przez Wiktorię - do szkoły, na zakupy, do przyjaciół ... na tzw. zadawanie miejskiego szyku:-)
Dzisiaj rano Wiki pozwoliła mi przejechać się na nim - rewelacja! Pokonanie kilkunastu kilometrów zajęło mi mniej czasu, niż moim rowerem - poza tym plecy przyjemnie odpoczywają w prawie wyprostowanej pozycji, co po tygodniu (kolejnym już) spędzonym w ogrodzie jest nie bez znaczenia.
Mój warzywniak jeszcze nie jest gotowy, przekopana ziemia musi jeszcze zostać "zbronowana" - ogromne grudy są nie do pokonania za pomocą zwykłych grabi tudzież innych narzędzi ogrodowych. Ale jutro przyjedzie traktor z odpowiednim z tyłu zaczepionym sprzętem i będzie można .... nie, nie, jeszcze nie siać - będzie można zrobić ogrodzenie. W okolicy żyją miliony dzikich królików, więc musimy zabezpieczyć nasze przyszłe uprawy przed nimi i wkopać deski i siatkę na głębokość ok 20- 30 cm - na nasze nieszczęście króliki kopią norki i potrafią przekopać się pod ogrodzeniem - stąd konieczność wkopania go w ziemię.
A rower a'la "holenderska damka" pozwolę sobie czasami podebrać na poranne przejażdżki, kiedy Wiki będzie jeszcze smacznie chrapać w sobotnie poranki i kiedy będę już spokojna o moje uprawy i będę mogła wyruszać na dalekie wyprawy rowerowe.
Pozdrawiam serdecznie i miłej niedzieli Wam życzę - pięknie wiosennej i słonecznej :-)
Samstag, 21. April 2012
Ogrodowych robót cd.
Deski pokrzywione, ale stare cegły z odzysku ułożone pomiędzy nimi nawet się prosto trzymają. W dalszym ciągu walczę w moim warzywniaku, jutro skończę ceglany chodnik, wytyczę grządki - i można siać i sadzić rozsadę.
Mittwoch, 28. März 2012
Powstaje warzywniak

Z tej strony domu, od południa, powstaje mój nowy warzywniak. Pod uprawę własnych truskawek, pomidorów, sałaty, rzodkiewek, pietruszki, marchewki i innych warzywnych smakołyków. No i przede wszystkim na wszelakie własne zioła. Nie mam czasu na przedświąteczne mycie okien - po 1. jest ich zbyt dużo, po 2. na święta i tak jedziemy do rodziny w Polsce (dzieciaki mają tu ferie wiosenno - świąteczne od 01. do 15. kwietnia), a po 3. i najważniejsze - wrócimy dopiero 15.kwietnia i wtedy chciałabym już zacząć sianie warzyw do gruntu. Przekopuję więc trawnik i wyrzucam kępy trawy, idzie mi to marnie, na razie mam przekopany i oczyszczony kawałek ok. 1,5 m od muru na długości ok.10 metrów, a cały warzywniak ma mieć docelowo wymiary 10m x 15m.
Wysprzątany domek dla ptaszków jeszcze nie ma lokatorów, choć ogląda go sporo zainteresowanych opierzonych. Ciekawe, czy któryś z ptaszków wprowadzi się na stałe...
Sonntag, 25. März 2012
Partyhaus
Ta-dam ta-dam, sezon grillowy rozpoczęty, przynajmniej u nas. Po całym minionym tygodniu wytężonej pracy na zewnątrz (w ogrodzie, parku i całym gospodarstwie), postanowiliśmy wczoraj wieczorem zrobić grilla. Z tej to okazji trzeba było ogarnąć po zimie nasz Partyhaus - osobny domek (z warsztatem stolarskim) w przydomowym parku. W porównaniu z naszym domem jest on stosunkowo młody - poprzedni właściciele wybudowali go w 1992, tak więc liczy sobie "tylko" 20 lat.
Klucz do Partyhaus wisi na zewnątrz, na zawijasie lampy przy drzwiach.
Do domku doprowadzone są woda i prąd. Brama na końcu Partyhaus-u to warsztat stolarski, za którym kiedyś, w tylnej części znajdował się ... kurnik. Jesienią oczyściliśmy to pomieszczenie, pobieliliśmy ściany i zrobiliśmy w nim łazienkę. Na razie jeszcze nie jest gotowa na 100 %, ale zamontowane urządzenia działają bez zarzutu, można więc korzystać w razie potrzeby:-)
Do warsztatu przenieśliśmy wszystkie wymagające odnowienia meble i sprzęty, m.in. te krzesła (mam ich sztuk 3), przytargane z "wystawki". Jak uporamy się z ogrodem i parkiem, przyjdzie pora na ścieranie, matowienie, czyszczenie i malowanie. W kolejce czeka kilka szaf (starganych ze strychu i pomieszczeń naszego domu), stara komoda, niska szafka dwudrzwiowa (teraz pod telewizorem) i cała masa krzeseł... Mój Boże, kiedy ja to wszystko zrobię???? Na polu z tyłu, po prawej stronie zdjęcia widać fragment ogrodowej sterty śmieci - Niemcy palą w niedzielę wielkanocną tzw. Osterfeuer - chcemy więc wykorzystać to do spalenia wszystkich liści i innych takich, spieszymy się więc ze sprzątaniem ogrodu i parku:-)
I na koniec nasz najwdzięczniejszy temat zdjęć, czyli Klara i Ksawery oraz kolejna odsłona naszych wiosennych kwiatków - tym razem tulipków, nie wiem jaka to odmiana, nie bardzo mam też czas szukać, ale w przyszłą niedzielę będzie u nas w mieście targ kwiatowy, na który zjadą przede wszystkim Holendrzy - wezmę to zdjęcie i po prostu zapytam. Na razie rosną przy Schweinestall (czyli świniarni, ale budynek nie nadaje się na razie - niestety - do pokazania, może kiedyś....)
No nic, uciekam - do ogrodu jak zwykle, bo dzieci czekają na zjeżdżalnię i huśtawkę. Ka. krzyczy pod oknem, że sam nie da rady, muszę trzymać elementy konstrukcji:-) Po ulubionych blogach pochodzę kiedy indziej... jak będę miała troszkę czasu:-))) A już widziałam u dziewczyn przepiękne dekoracje wielkanocne. Ech...
Wszystkim zaglądającym życzę miłego tygodnia:-)
Samstag, 17. März 2012
Przedszkole...
... Ksawerego zorganizowało wiosenne śniadanie. Dzieciaczki zostały zaproszone z rodzicami, rodzeństwem - było super, poznaliśmy kilka nowych osób, porozmawialiśmy z tymi już zaprzyjaźnionymi, dostaliśmy zaproszenie na 2 urodziny Emmy, pobawiliśmy się i pośpiewaliśmy. Klara i Ksawery byli zachwyceni, my również. Było świetnie, bardzo miło i bardzo smacznie - wszystko przygotowały panie opiekunki (na całą 9-osobową grupę są trzy panie, na każdą przypada troje dzieci - jak dla mnie warunki super). Maluchy mają do swojej dyspozycji 2 sale do zabawy (a w nich m.in. kącik kuchenny do zabawy w gotowanie, prawdziwa kuchnia i stół do posiłków, dywan i np. klocki, namiot a'la wóz cygański, zjeżdżalnia, w drugiej sali piaskownica i "basen" z piłeczkami oraz tablica do rysowania. Oprócz tego mają jeszcze osobną sypialnię i łazienkę - wszystko w nowej części przedszkola, dobudowanej w lecie ubiegłego roku. Bardzo się cieszę, że dostaliśmy w tym przedszkolu miejsce dla naszego synka, mimo że dość późno składaliśmy wniosek o przyjęcie - w lipcu w zasadzie miejsca były już rozdzielone. Udało nam się:-)
Ksawery najchętniej bawi się w piaskownicy, niesamowite jak takie przesypywanie piasku z łopatki do pojemniczka wpływa pozytywnie na rozwój psycho - motoryczny dziecka (koordynacja ruchów oko - ręka), nieraz piasek ląduje na podłodze zamiast w kubeczku. Nie mogłam Ksawerego niczym skusić, żeby usiadł z nami przy stole - ani serem, ani szynką, jogurcikiem, bułką, no niczym. W końcu zachciało mu się pić i przybiegł do stołu, wtedy też trochę pojadł. I czym prędzej pobiegł do dalszej zabawy z innymi. Czas szybko upłynął, trzeba było zbierać się do domu, ale w poniedziałek znów się zobaczą: nasz Ksawery i jego koleżanki i koledzy: Antonio, Emma (duża), Shirley - Sophie, Emma (mała), Isabella, Kati, Nadine i Pascal.
Ksawery najchętniej bawi się w piaskownicy, niesamowite jak takie przesypywanie piasku z łopatki do pojemniczka wpływa pozytywnie na rozwój psycho - motoryczny dziecka (koordynacja ruchów oko - ręka), nieraz piasek ląduje na podłodze zamiast w kubeczku. Nie mogłam Ksawerego niczym skusić, żeby usiadł z nami przy stole - ani serem, ani szynką, jogurcikiem, bułką, no niczym. W końcu zachciało mu się pić i przybiegł do stołu, wtedy też trochę pojadł. I czym prędzej pobiegł do dalszej zabawy z innymi. Czas szybko upłynął, trzeba było zbierać się do domu, ale w poniedziałek znów się zobaczą: nasz Ksawery i jego koleżanki i koledzy: Antonio, Emma (duża), Shirley - Sophie, Emma (mała), Isabella, Kati, Nadine i Pascal.
I na koniec uchwyt na serwetkę zrobiony (czyt: pomalowany farbami) przez Ksawerego. Wzruszyłam się, jak go zobaczyłam.
Sonntag, 4. März 2012
Wiosennie:-) i na zbity pysk...
O 5.00 Ka. pojechał do Polski - nie wiem, kiedy skończy się to załatwianie niektórych spraw właśnie tam. Tym razem wstawić passata do komisu i złożyć wniosek na nowy dowód osobisty. A w piątek - Jezu, jak się cieszę - odbieramy nowe auto, wreszcie większe, 7- osobowego Galaxy. Wreszcie skończy się losowanie, kto musi zostać (najczęściej dwie starsze latorośle) albo "wyliczanie"w marynarza" gdy jedna z nich jednak uparła się jechać:-) Wreszcie skończy się jeżdżenie po dwa razy, kiedy Ka. musiał najpierw zawieźć mnie i Maluchy, a następnie wrócić po starsze dziewczyny. W nowym aucie Klara zaplanowała miejsce nawet dla Babci, gdy ta zdecyduje się nas odwiedzić - będzie siedziała pomiędzy nią a Ksawerym i będzie im opowiadać ciekawe historie. "Jeść nie możemy, bo nakruszymy" - mówi Klara, "pić też nie. Inaczej Papa pójdzie w powietrze. Albo co gorsza - wywali nas z auta" - dopowiadam. "Na zbity pysk" - kończy Klara. Puenty mojej Trzeciej Córki są dla mnie niekiedy ogromnym zaskoczeniem.... Mnie osobiście nie przeszkadza, kiedy dzieci coś schrupią po drodze, soków sama nie toleruję w aucie, mnie też doprowadza do szału tapicerka pochlapana sokiem wiśniowym albo porzeczkowym. Dlatego na podróż proponuję moim dzieciom zawsze i wszystkim WODĘ MINERALNĄ.
Proszę bardzo - możecie pić w czasie jazdy, ale wodę:-)
Dzisiaj była cudna, pierwsza wiosenna niedziela - słońce zaświeciło po raz pierwszy od bardzo długiego czasu. I jako że lubię czynny wypoczynek, wygrabiłam trochę trawnika, ale przy tych areałach, które teraz mamy do obrobienia w postaci ogrodu i parku - KOŃCA NIE WIDAĆ. W kominku i w "kachloku" napaliłam dopiero o 15.00, a o 16.30 już lało. Jak z cebra...
W marcu jak w garncu - Klara poznała dziś dosłowne znaczenie tego przysłowia.
Umiliłyśmy sobie niedzielne popołudnie kawką i ciastem budyniowym z wiśniami na kruchym spodzie. Niestety, kupnym, więc nie podam przepisu. Ale pycha, że normalnie palce lizać:-)
A tu wejście do naszej piwnicy, z której nie korzystamy.
W domu wejście do niej znajduje się w kuchni, ale zastawiliśmy je białym kredensem.
Może jak się do niej przekonam, to znajdę dla niej jakieś zastosowanie,
oczywiście piwniczne zastosowanie,
na przykład na przechowywanie zapasów. Może...
Ale na razie - póki co - to pustostan.
I nasz czarny kot KOT. Uwielbia głaskanie i tak się łasi do nóg, że już kilka razy o mało co nie wybiłam sobie zębów potykając się o niego:-)
Sonntag, 26. Februar 2012
Przebiśniegi w moim ogrodzie i parku
Zakwitły nam kilka dni temu, do tej pory nie wiedzieliśmy, że mamy takie cuda w naszym ogrodo - parku. Małe kwiatowe drobinki ożywiają tak wiele zakątków, że dzisiejszy popołudniowy spacer po obejściu - ogrodzie, parku i reszcie gospodarstwa sprawił nam ogromną przyjemność. Jest ich tyle, że nawet nie żal zrywać - Klara zrobiła dla każdego z nas po małym bukieciku. Cudne!!! A rosną dosłownie wszędzie, nawet przy ogromnej butli na gaz przy wjeździe. I w krzakach starych jeżyn i malin, których nie zdążyliśmy jeszcze wyciąć, i w miejscach, gdzie krzaki już wycięliśmy, w fosie, na trawniku... Zresztą popatrzcie - naprawdę nie miałam pojęcia, że mam taki cudny ogród:-))))))
A w następnym poście zacznę powoli pokazywać nasze siedlisko, pogoda się poprawia i można już robić naprawdę fajne zdjęcia. Zresztą dotychczas już trochę ogarnęliśmy i dom, i obejście więc troszkę można pokazać. Na koniec jeszcze część gospodarstwa, w której pracuje i którą ogarnia Ka., a Klara i Ksawery są nią wprost zachwyceni. Hodowla byków i ogromny silos przykryty starymi oponami, po których można wspaniale trenować wspinaczkę:-)
I jeszcze jedno zdjęcie na koniec - wjazd na podwórze i stary letni pawilon, czekający na odnowienie. W lipcu zeszłego roku Ka. zrobił na nim nowy dach, wymienił wszystkie belki, odeskował następnie całą więźbę i przykrył nową papą - stary dach był tak dziurawy, że patrząc w niebo można było zobaczyć latające po nim samoloty. Zastanawiam się, na jaki kolor go pomalować, bo na wiosnę trzeba będzie jakoś zabezpieczyć deski na ścianach. Podłoga jest betonowa, marzy mi się pawilon w białym kolorze, ale nie jestem pewna... Z tyłu za pawilonem, gdzie Maluchy bawią się z Luną, będzie latem rozstawiona nasza 5 metrowa trampolina - tak sobie chodzę i myślę, że tyle miejsca do zagospodarowania i przestrzeni do życia nie wyśniłabym sobie nigdy w życiu w najśmielszym śnie - a tu proszę, trafiło mi się naprawdę:-)
Pamiętnik dla przedszkolnych przyjaciół
Zamarzył się naszej Złotowłosej na wpisywanie przyjaciół z przedszkola. Do kilku takich pamiętników wpisywała się niedawno i wzdychała, że też by taki chciała mieć. Krzywe "S'' to - nie kryjąc - efekt mojego gapiostwa. Jeszcze nie do końca opanowałam ustawianie mojej hafciarki, po przesunięciu materiału na tamborku trudno jest (mnie przynajmniej) ustawić maszynę w tej samej linii haftowania. Wyszło więc jak wyszło:-)
W oryginale, po zakupieniu w sklepie, wygląda toto tak:
W środku dla każdego wpisującego się są przeznaczone dwie strony, na których wkleja się swoje zdjęcie, wpisuje informacje o sobie, pisze się o czym się marzy lub dokąd by się chciało pojechać na wakacje. Całość wpisu zakończona jest podpisem i odciskiem dowolnego palca. W sumie fajna rzecz, po latach na pewno będzie miłą pamiątką. Ale mnie zamarzyło się z kolei, żeby Klary pamiętnik był inny niż wszystkie. Takiego własnoręcznie obszytego przez mamę jeszcze nie trafiłyśmy. Klara zadowolona, bo to będzie pierwszy taki pamiętnik w przedszkolu.
Freitag, 24. Februar 2012
Matura to wojna
tak twierdzi moja Najstarsza. Ja pomału też zaczynam w to wierzyć, bo od kilku miesięcy walczę. Dosłownie. Zaraz wyjaśnię dlaczego. Gdybyśmy mieszkali w Polsce, to w maju normalnie przystępowałaby do egzaminów. Ale w czerwcu zeszłego roku przeprowadziliśmy się do Niemiec. I tu się wszystko skomplikowało, ponieważ nabór do niemieckich szkół odbywa się na wiosnę, a my do szkoły zgłosiliśmy się po koniec sierpnia, no bo przecież były wakacje. Okazało się, że świadectwo z Polski musi zostać uznane przez niemiecki Landesregierung w Kolonii (chyba coś w rodzaju naszego Urzędu Marszałkowskiego, nie jestem pewna, nie zagłębiałam się w to za bardzo) i zweryfikowane pod względem niemieckiego systemu oświaty i oceniania. Po drodze do uzyskania tej informacji kierowano nas do różnych innych urzędów i osób (no cóż, okazuje się, że niekompetentni są nie tylko nasi urzędnicy), koniec końców wysłałam komplet dokumentów do właściwego urzędu. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku dniach przyszła informacja że pani Wesoła (nazwijmy ją), nie może rozpatrzyć wniosku Najstarszej, bo dołączone tłumaczenie nie jest zrobione przez tłumacza zaprzysiężonego przed niemieckim sądem, tylko z Polski. Nie pomogły tłumaczenia, że przecież jesteśmy w Unii, że polskie sądy i polscy tłumacze są nie mniej wiarygodni, niż niemieccy itd. Pani Wesoła uparła się, że nie i koniec. No więc dałam to świadectwo do tłumaczenia w Niemczech. I co? Dostałam w zasadzie kopię tego tłumaczenia, które już miałam, z małymi różnicami - wiadomo, każdy może tę samą rzecz powiedzieć albo opisać inaczej - ale generalnie miałam w ręku to samo, ale z pieczątką z Berlina. SUPER. Wysłałam do Pani Wesołej... dziś jest koniec lutego, a sprawa ciągnie się i ciągnie. To już nie tygodnie, a miesiące...Uprzejmy telefon z mojej strony, jak sprawa wygląda... "To jeszcze potrwa, mamy mnóstwo wniosków, ale już niedługo itd." Nie mogę zadrzeć z Panią Wesołą, bo zależy mi na uznaniu tego świadectwa, ale gdy sprawa się zakończy pomyślnie dla nas, ja tego tak nie zostawię. Tak się denerwuję, że zaczynam się budzić w nocy i nie śpię do rana. Gdy zaczynam temat szkoły, no bo trzeba do niej pojść, żeby się uczyć i w końcu zrobić tę maturę (jeśli dostałaby miejsce na następny rok szkolny, to matura za dwa lata), to moja Najstarsza tak mi powiedziała:
- Mamuś, matura to wojna.
- ?????? (to moje zdziwienie)
- no tak - pójdziesz na egzamin, trochę postrzelasz, napiszesz list i wrócisz do domu.
- ???????????????????????? (to moje bezgraniczne zdziwienie)
Za moich czasów nie trzeba było umieć strzelać. Wystarczyło wiedzieć ...
Ale my tę wojnę wygramy! Jestem tego pewna:-)
P.S. Najstarsza na szczęście nie siedzi w domu. W Niemczech można zrobić coś w rodzaju rocznego wolontariatu, nazywa się toto Freiwilliges Soziales Jahr - i ona w ramach tego programu dostała możliwość zrobienia rocznej praktyki w przedszkolu Klary. Nie jest to tak całkiem za friko - dostaje za to "kieszonkowe", ale wyrabia w tygodniu 39 godzin (w zasadzie pracuje od 7.45 do 16.45 codziennie) i ma prawo do normalnego urlopu - chyba 29 dni w roku. Niesamowite, u nas prawo do tylu dni miałaby po przepracowaniu chyba 10 lat. No cóż, co kraj, to obyczaj...
- Mamuś, matura to wojna.
- ?????? (to moje zdziwienie)
- no tak - pójdziesz na egzamin, trochę postrzelasz, napiszesz list i wrócisz do domu.
- ???????????????????????? (to moje bezgraniczne zdziwienie)
Za moich czasów nie trzeba było umieć strzelać. Wystarczyło wiedzieć ...
Ale my tę wojnę wygramy! Jestem tego pewna:-)
P.S. Najstarsza na szczęście nie siedzi w domu. W Niemczech można zrobić coś w rodzaju rocznego wolontariatu, nazywa się toto Freiwilliges Soziales Jahr - i ona w ramach tego programu dostała możliwość zrobienia rocznej praktyki w przedszkolu Klary. Nie jest to tak całkiem za friko - dostaje za to "kieszonkowe", ale wyrabia w tygodniu 39 godzin (w zasadzie pracuje od 7.45 do 16.45 codziennie) i ma prawo do normalnego urlopu - chyba 29 dni w roku. Niesamowite, u nas prawo do tylu dni miałaby po przepracowaniu chyba 10 lat. No cóż, co kraj, to obyczaj...
Sonntag, 19. Februar 2012
Pachnąca bergamotka
Kupiłam sobie na czarowanie zimowego zmęczenia i leczenie duszy aromatem. Sprawdza się świetnie i sprawia, że można poczuć się rześko i już naprawdę wiosennie. Dla mnie bomba, bo zapach jest bardzo intensywny. Aż mi się chce zaczynać nowy dzień - jakaś taka wspaniała energia we mnie wstępuje i gdy z planowanej soboty nic nie wychodzi, bo Ksawery wstaje i oznajmia światu donośnym płaczem (i potężnym ślinotokiem), że oto rośnie mu nowy ząb - poranek rozpoczęty z bergamotkowym żelem pod prysznic działa cuda. Nawet na ząbkowanie najmłodszego.
Normalnie w sobotę "ogarniamy" siebie i dom i wszystko co jest do zrobienia do około 11-tej. Aż furczy, huczy i wióry lecą - jedna (czyli najczęściej ja) pali w piecach i ogarnia dół (salon, kinowo -biblioteczny, bawialnię), gotuje obiad i piecze sobotnio - niedzielne ciasto, druga (Starszomłodsza) działa w sypialniach i łazience na półpiętrze, trzecia (Najstarsza) prasuje i ma oko maluchy, coby spokojnie się bawiły i nie dostały kwadratowych oczu od oglądania TV. Ale wczorajsze kolejne już ząbkowanie Ksawerego wywaliło nam cały plan do góry nogami - z uwagi na ciągłą potrzebę bycia ze mną, zeszło mi wszystko do popołudnia. Na dodatek skończyło się suche drewno do kominka i palić się nie chciałoooo :-( Musiałam wysuszyć to, co dziś na rozpałkę poszło, bo mogłabym podłożyć wywrotkę papieru, a mokre i tak się nie zapali i tak. Dzisiaj poszło już też zdecydowanie lepiej z piecami, przyjemne ciepło rozeszło się po całym dole. No i bergamotka nie zawiodła.Moje motto na najbliższe dni: "na kłopoty... bergamotka"!
Donnerstag, 16. Februar 2012
Moje domowe muzeum...
posiada w swoich zbiorach m.in. aparat fotograficzny ZENIT E. Pamiętam, jak kilka tygodni po moim ślubie mój Tato powiedział do mnie przy jakiejś tam popołudniowej kawce (a rzecz cała działa się w okolicach Bożego Narodzenia): "Kup sobie córko lampę błyskową". "Ale Tato - nie mam przecież aparatu, to po co mi lampa błyskowa?" "Posłuchaj Tatusia, bo Tatuś wie co mówi. Kup sobie lampę błyskową" - i tak oto dowiedziałam się, co dostanę na pierwszą "małżeńską" gwiazdkę. Mój tato tak się cieszył z tego zakupu, że nie mógł do końca dotrzymać tajemnicy. Mam to po nim. Niby coś tam w tajemnicy kupuję, chowam, ale i tak mnie korci żeby się wygadać. Kosztuje mnie to sporo energii i samozaparcia, żeby jednak niespodzianki niespodziankami zostały.
Nie znam roku produkcji, ale wyczytałam w internecie że były one produkowane od połowy lat sześćdziesiątych do 1981. Lubię o nim myśleć, jak o starszym ode mnie - no, ale dokładnie nie wiem. Pamiętam też tamto Boże Narodzenie - i moje małe rozczarowanie, bo od pamiętnej rozmowy z Tatą już się przyzwyczaiłam do myśli, że jestem posiadaczką sprzętu fotograficznego - rozczarowanie, gdy obok choinki zobaczyłam ogromny karton (jak od telewizora) pięknie zapakowany dla mnie. "Przecież miał być aparat......" - i był, był - tylko mój Tato żartowniś zapakował go w kilka innych kartonów.
Uwielbiam te nasze pierwsze zdjęcia, takie trochę lepsze niż robione "automatikiem", kilka nawet bardzo dobrych. Całe dzieciństwo naszych starszych córek "z pierwszego rzutu" - cudowne wspomnienia. A potem coś się zepsuło i długo przeleżał na dnie szuflady w komodzie. Wyciągnęłam go z okazji przeprowadzki - niewiarygodne, ale ciągle odkrywam rzeczy i przedmioty, o których zupełnie zapomniałam... Przy następnej podróży do Polski zabiorę go do naprawy. Pamiętam, że to chyba przesłona odmówiła posłuszeństwa. Dobrze, że mam "duszę chomika" (po Tatusiu) i nie wyrzucam niczego
Sonntag, 12. Februar 2012
Polskie (nieplanowane) wakacje...
... skończyły się - niestety. Wróciłam z Najstarszą i Maluchami w niedzielę tydzień temu, natomiast mój K. i Starszomłosza musieli zostać w domu. K. nie chciał teraz brać urlopu, a Starszomłodsza musiała chodzić do szkoły. Zresztą i tak nie zmieścilibyśmy się wszyscy do auta. Musimy pomyśleć o zmianie na większe, w końcu czwórkę dzieci trza gdzieś upchnąć - w passacie niestety się nie da tego zrobić. Wakacje były nieplanowane, jechać miała tylko Najstarsza, ale... im bliżej było do dnia jej wyjazdu, tym bardziej ja dojrzewałam do pomysłu, który zakiełkował mi w głowie około Bożego Narodzenia. Nie byłam do końca przekonana, bo nie lubię prowadzić auta sama tyle kilometrów. Na szczęście dałam radę:-) Niech żyje red bull i inne napoje jemu podobne.
Dwa tygodnie w Polsce minęły jak z bicza strzelił. A przed wyjazdem zastanawiałam się, czy nie za długo zostaniemy. Myślałam "co ja tam będę robić tyle czasu?". Ale koniec końców okazało się, że te dwa tygodnie spędzone "na starych śmieciach" to i tak było za krótko. Nie wszystkich udało mi się odwiedzić, a z tymi, do których udało mi się wybrać, nie mogliśmy się nagadać. Najstarsza używała wakacji ile wlezie, codziennie Fruuu! do starej szkoły spotkać się ze starymi znajomymi, jej była polska klasa zaprosiła ją na swoją studniówkę - zrobiła sobie szałową fryzurę, kupiła sobie szałową sukienkę, buty na tak wysokim obcasie, że jak ja je chciałam przymierzyć i już, już miałam je założyć, to mnie skurcz w stopę chwycił i nie chciał puścić, zaraza! Bawiła się świetnie do 5 rano. Cieszę się, że wszystko jej się poukładało - zabawa była udana, stare przyjaźnie "naoliwione", coby nie pordzewiały. No i zakochała nam się nasza Najstarsza... ale nic więcej nie powiem. Może tylko jeszcze to, że z wzajemnością i to ogromną. Super.
Maluszki poodwiedzały swoich kuzynów i znajomych. Klara to połowę naszego pobytu przespała w innych domach. Zawsze wieczorem, gdy trzeba było wracać do domu dziadków można było usłyszeć: "Mama, czy ja mogę tu zostać?". No i zostawała, to u Kingi - kiedyś przyjaciółki "przez płot", to u ciotecznych braci - Tomka i Mikołaja. Ksawery wracał na szczęście zawsze ze mną, bo on to i może by chętnie gdzieś został i przenocował, ale tylko "w pakiecie z mamą". My to jeszcze pępowinką jesteśmy połączeni, taką nawet bardzo krótką powiedziałabym. I mimo, że mały chodzi już do przedszkola, to rozstać się ze mną nie może. Ja z nim zresztą też.
Udało mi się naprawić duży komputer, pan mechanik komputerowy powiedział, że teraz pochodzi drugie tyle lat, co ma. Czyli wnioskuję z tego, że jeszcze 7. SUPER! Mojego starego laptopa niestety nie dało się uratować. Uszkodzeniu uległa płyta główna i nie opłacało się go naprawiać. Koszt płyty większy niż wartość mojego staruszka. Na szczęście pan specjalista odzyskał dokumenty i zdjęcia. Dobre i to.
Od tygodnia znów NARESZCIE jesteśmy w domu. Tęskniłam za moim nowym siedliskiem. Dosłownie za wszystkim. Za resztą rodziny, za Luną i Kotem, za powietrzem, widokami z okien, spacerami, nawet za paleniem w piecach (a mam ich sztuk dwie: ogromny kominek w salonie i stary "kachlok", który wbudowany jest w ścianę między pokojem dzieci i biblioteką i w ten sposób ogrzewa oba je naraz). Na początku, gdy tu przyjechaliśmy, myślałam, że trudno będzie mi się przyzwyczaić, a tu proszę - nie minęło zbyt wiele czasu, a ja zatęskniłam za nowym domem. To dobry znak:-) Na pewno:-))))) Ale żeby się tego dowiedzieć, trzeba na jakiś czas wyjechać... i właśnie zatęsknić.
Od tygodnia znów NARESZCIE jesteśmy w domu. Tęskniłam za moim nowym siedliskiem. Dosłownie za wszystkim. Za resztą rodziny, za Luną i Kotem, za powietrzem, widokami z okien, spacerami, nawet za paleniem w piecach (a mam ich sztuk dwie: ogromny kominek w salonie i stary "kachlok", który wbudowany jest w ścianę między pokojem dzieci i biblioteką i w ten sposób ogrzewa oba je naraz). Na początku, gdy tu przyjechaliśmy, myślałam, że trudno będzie mi się przyzwyczaić, a tu proszę - nie minęło zbyt wiele czasu, a ja zatęskniłam za nowym domem. To dobry znak:-) Na pewno:-))))) Ale żeby się tego dowiedzieć, trzeba na jakiś czas wyjechać... i właśnie zatęsknić.
Samstag, 14. Januar 2012
Piątek 13-tego wcale nie musi być pechowy
♥LICH WILLKOMMEN...
czyli jak miło mieć urodziny:-)))
Wiem, wiem, nie jestem odkrywcza - wiedzą to przecież wszyscy.
Ale to naprawdę takie miłe, kiedy dostaje się kartki z życzeniami, miłe sms-y i maile, i oczywiście prezenty. W tym roku - niestety - nie było prezentów książkowych - chyba wszyscy w rodzinie widzą,
jak mało czasu mam na czytanie. Były za to PIĘKNE przedmioty. Takie z tych, co to je się określa "miód na serce" - cudne zawieszki na drzwi i okienne klamki, i prymule, i wrzosik, i nowy storczyk do kolekcji....
I nowa torebka w cudownym odcieniu koniaku!!! Od dawna mi się marzyła.
Teraz marzą mi się w identycznym odcieniu buty na wiosnę:-)
W tym roku moje urodziny przypadły jak zwykle 13-tego stycznia, ale nie zawsze jest to piątek.
Środek stycznia, a u mnie przed domen wiosennie się zrobiło.
Prymulki już powędrowały do skrzynki "naparapetowej".
Ale Kot upodobał je sobie na legowisko i ganiam non stop przed dom i wywalam go z mojej
pierwszej wiosennej skrzynki.
To metalowe serduszko na parcianym sznurku
jest lekko zardzewiałe. Świetnie się wpasowało w klimat
naszych starych okien w salonie.
A to zawieszka, cudnie - tak zwyczajnie, po prostu - zardzewiała.
Powiesiłam ją na zewnątrz, przed wejściem.
Przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru dzwoneczki dzwonią delikatnym brzękiem:-)
Abonnieren
Posts (Atom)





































